27 lutego 2013

Mam i ja! Granola z żurawiną

Co jakiś czas wpadam na jakiś pyszny blog i widzę domową granolę. Sama pożeram głównie musli na pierwsze śniadanie, a nigdy wcześniej nie udało mi się zrobić własnego. Do dziś. Do swojej granoli wpakowałam wszystko co lubię najbardziej. Dobrze, że A. patrzy na to z lekką pogardą i nie jada "karmy dla ptaków" - więcej dla mnie. Płatki są jakieś niemęskie czy po prostu im nie smakują?

może lekko swoją przypaliłam, ale miejcie litość i mi tego nie mówcie, a swoją granolę mieszajcie

składniki:

  • ok. 3 szklanki płatków owsianych
  • 3/4 szklanki zarodków pszennych
  • 1 szklanka otrębów orkiszowych
  • 1 szklanka migdałów w płatkach
  • 3/4 szklanki soku żurawinowo - jabłkowego
  • 1/4 szklanki miodu
  •  garść suszonej żurawiny
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oleju (można użyć oliwy lub innego oleju, sama wykorzystałam lniany, co nie było najlepszym pomysłem - w temperaturze traci wszystkie właściwości i źle znosi wysoką temperaturę)

1. W misce wymieszać płatki owsiane, zarodki, otręby i migdały. Rozłożyć równomiernie na blasze i prażyć około 30 minut w temperaturze 130 stopni do lekkiego zbrązowienia, co jakiś czas mieszając. 

2. W szklance wymieszać miód z sokiem i olejem. 

3. Przestudzone musli przełożyć do miski, zalać sokiem z miodem, posolić i wymieszać drewnianą łyżką, tak aby płyn otoczył wszystko. 

4. Tak przygotowane musli rozłożyć równomiernie na blasze i piec ok. 60 minut w temperaturze 130 stopni, co jakiś czas mieszać żeby się nie przypaliło.

5. Po ostygnięciu wmieszać żurawinę i przełożyć do szczelnego pojemnika.

Tak przygotowane musli jest idealne z jogurtem na szybkie śniadanie. Podjadam też "na sucho" oglądając TV, czytając gazetę, praktycznie cały czas to podjadam i mimo, że wyszło ponad litr pewnie wystarczy na 2 dni:)




26 lutego 2013

Wiosnę już widać i czuć - psia mać!

Idę sobie spokojnie pośród pośniegowych kup, a tam nagle skrawek czystego chodnika. To znak, że nadchodzi wiosna. To, co całą zimę przeleżakowało pod śniegową zamrażarką, ujrzało światło dzienne by zwiastować ludziom nieuchronną zmianę pór roku. Już wiem, to nie przesilenie wiosenne, nie brak słońca, to psie kupy doprowadzają mnie do szału. DLACZEGO?! Co roku mam nadzieję, że właściciele psów oszczędzą nam tego widoku. Niestety. Co roku przychodzi rozczarowanie. Człowiek marzy o wiośnie jak świnia o truflach, a tu zamiast przebiśniegów paskudne psie kupy. Nie ma zrozumienia i nie ma wybaczenia. 

stop śmierdzielom

Miasto wygląda jak szambo po ataku terrorystycznym. Rozumiem, że nie wszędzie są ogólnodostępne worki i pojemniki, ale nie rozumiem dlaczego ludzie uważają, że nie ma innego wyjścia jak zaminować okolicę. Czy w swoich domach też mają syf i nie potrafią sprzątać jak głosi perfekcyjna pani domu? Nawiasem mówiąc, jakim trzeba być matołkiem, żeby nie potrafić posprzątać własnego mieszkania. Nie sądziłam, że to wymaga jakiś wyjątkowych zdolności.

Wczoraj. Idzie taka pancia, elegancka w futerku, wypachniona szanel pięć, z jakimś chomikiem na smyczy i wali nim kupę co kilka kroków, na samym środku chodnika, w samym centrum naszej stolicy. Pytam się jej:
- czy pani uważa, że to jest w porządku?
- a, że niby co?
- że pani piesek się tak załatwia o tutaj jak gdyby nigdy nic.
- a co ma zrobić? Mam mu korek w *upę wsadzić?
Po czym oddalają się nieśpiesznym krokiem bez zbytniego zażenowania pancia i jej opróżniony piesek.

Tak. Ludzie idzie wiosna!!

24 lutego 2013

Food Blogger Fest

Wczoraj po raz drugi odbył się Food Blogger Fest w Warszawie. Miałam przyjemność uczestniczyć w konferencji, na której spotykają się ludzie, których łączą wspólne pasje - gotowanie i blogowanie. Wszyscy prelegenci przygotowali bardzo ciekawe prezentacje. Nie będę jednak opisywać całego przebiegu, ponieważ ten wpis miałby jakieś kosmiczne rozmiary. 

Jako pierwsza wystąpiła Basia Ritz, opowiadała o nowych trendach w smakach. Nie jest cudotwórczynią więc, mimo jej nieodpartego uroku, w 30 minut zdążyliśmy ledwie liznąć temat. Szkoda, bo zagadnienie fajne, a Basia pozytywna gaduła i pewnie mogłaby go znacznie rozwinąć. Tak czy inaczej Spotkanie z Basią to zawsze wielka przyjemność, promienieje dobrą energią więc można się troszkę w tych promieniach ogrzać:) 

 z Michałem i Basią

Ewelina Majdak z Around the kitchen table opowiadała o własnym blogu, swojej blogowej historii, podejściu do reklam, komentarzy. Lubię takie wystąpienia, z doświadczeń innych można bezkarnie czerpać garściami. Jej przekonanie, że blog należy prowadzić z sercem i nie robić nic wbrew sobie, z myślą, że czytelnicy czegoś oczekują, jest mi bardzo bliskie. 

Natalia Rusinowska z Kulinarnych podróży swoją prezentacją zabrała nas na chwilę do Indii, Chin, Afryki i Ameryki Południowej. Pokazywała zdjęcia z własnych podróży i opowiadała o ulicznych garkuchniach. Takich historii mogę słuchać godzinami. Chyba najciekawszym aspektem podróży jest próbowanie miejscowych potraw, najlepiej w miejscach gdzie żywią się "lokalesi". Dlatego Natalii troszkę zazdroszczę (do czego się oczywiście nie przyznam).

A na deser... Czekolada! Chłopaki z Manufaktury Czekolady pokazali nam cały proces jej powstawania. Miałam okazję spróbować tej czekolady i mówię Wam - JEST ABSOLUTNIE PYSZNA. Nie wiedziałam, że produkują czekoladę bezpośrednio z ziarna kakaowca (jako jedyni w Polsce). Dodatkowo chłopaki są żywym dowodem na to, że jak się o czymś marzy to można to osiągnąć. Ze swojej pasji uczynili markę. Nawet gdyby nie dali mi tej pysznej tabliczki z żurawinami :) i tak bym się tutaj nad nimi rozpływała, jak ta smakowita kostka na moim języku. W Manufakturze Czekolady można samemu dowolnie skomponować własną czekoladę z wybranych ziaren i dodatków, a oni ją dla Was zrobią. Coś pięknego. Nie ma chyba lepszego prezentu dla prawdziwych miłośników czekolady, którzy cenią jej doskonały smak. Do tego czekolady są pięknie pakowane. Przepadłam. Zakochałam się w Manufakturze. Sami sprawdźcie.

z Krzysztof i Tomaszem z Manufaktury Czekolady

Fajnie było zobaczyć tych wszystkich zapalonych blogerów. Mam nadzieję, że będzie więcej okazji do spotkań. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do następnego!

Krótki filmik, który wytropiła :) Andźka można zobaczyć tutaj

22 lutego 2013

... i ryż z jabłkami

Wchodzę rano do kuchni, a na stole leży moja ulubiona, nowa gazeta. W niej zaznaczony (ale jak ♥) artykuł "Optymiści mają lepiej*"
Przez A. - skrajnego optymistę, mój realizm odbierany bywa jako wyjątkowo ciężka odmiana pesymizmu, jednym słowem dolina. Jego pozytywne nastawienie rośnie wprost proporcjonalnie do mojego negatywnego nastawienia. Nic tak nie nakręca optymisty jak ukochana osoba ze smutną miną, on ciągle wierzy, że zrobi ze mnie niepoprawną optymistkę. Kto wie, dziś zabawiałam się misiami :)


Wiem, że końcówka zimy i chroniczny brak słońca nie sprzyja radosnym uniesieniom ale jak mówiła Margaret Thatcher - "Jesteś tym, co myślisz". Jeżeli naprawdę można zaklinać rzeczywistość własnymi myślami, najgorszą rzeczą jaką można zrobić, to samemu odebrać sobie szansę. Tak więc, uśmiech i byle do wiosny! 


Pamiętam z dzieciństwa radochę, kiedy na obiad, zamiast warzyw były naleśniki z gorącym, pachnącym sosem czekoladowym albo ryż zapiekany z jabłkami i cynamonem. Macie swoje ulubione smakołyki z tamtego czasu, które poprawiały humor, a odeszły w zapomnienie? Najfajniejsze jest to, że te najlepsze są super proste do zrobienia. Na pewno wszyscy doskonale wiedzą jak zrobić ryż z jabłkami ale nie wszyscy o nim pamiętają. 


Ryż zapiekany z jabłkami:
  • 1 kg jabłek
  • 2 woreczki ryżu
  • 2 szklanki mleka
  • 1 szklanka wody
  • cynamon
  • cukier brązowy
  • 2 łyżki masła
  • łyżka soku z cytryny (ewentualnie)
  • ekstrakt wanilii lub cukier waniliowy
  • szczypta soli

1. Ryż ugotować z mlekiem, wodą i szczyptą soli. Uważać żeby się nie przypalał.

2. Jabłka zetrzeć na tarce o grubych oczkach, doprawić cynamonem, wanilią i ewentualnie sokiem z cytryny i cukrem, tak żeby były pyszne. Niektórzy wolą jabłka podsmażyć na patelni ale ja zostawiam surowe.

3. Żaroodporne naczynie wysmarować masłem i wyłożyć na dno połowę ryżu. Następnie wyłożyć jabłka i kolejna warstwę ryżu.

4. Wierzch pokryć cieniutką warstwą startego masła i posypać delikatnie cukrem.

Pieczemy ok. 30 minut w temperaturze 180 stopni.



pozytywnego weekendu! :D


*Twój Styl marzec 2013

21 lutego 2013

Muffinki z białą czekoladą i karmelizowanym bananem

Znajomy (ex importer bananów) wytłumaczył mi, że bananów nie należy przechowywać w okolicach innych owoców, zwłaszcza jabłek. Podobno wtedy momentalnie dojrzewają i psują się. Wiedzieliście o tym? Czy tylko ja myślałam, że to środowisko naszego domu jest przeciwne bananom.

Taki własnie źle przechowywany, plamisty niczym stulatek, banan uśmiechnął się do mnie z półki. Pogrzebałam i w książce Elizy Mórawskiej White Plate "Słodkie" znalazłam przepis na muffinki z białą czekoladą i karmelizowanymi bananami. Idealnie. Znalazła się nawet zachomikowana czekolada, którą pewnie zakupił i schował mój sprytny pasierb. Na marginesie, dzieci są takie mało wymagające jeżeli chodzi o słodycze, wystarczy, że jest cukier i jest impreza. Ile łyżeczek cukru do herbaty prosi taki milusiński? Dopóki roztwór się nie nasyci lub łyżka nie stoi.




No i zrobiłam muffinki. Powiem szczerze, że (o ile uwielbiam przepisy z tej książki) ten mnie specjalnie nie powala. Całe to karmelizowanie bananów, ucieranie czekolady... a efekt? Może nie umiem go docenić jako umiarkowana fanka białej czekolady (jak coś, co nie zawiera kakao, może nazywać się czekoladą?).


Jeżeli są tu miłośnicy białych tabliczek oraz bananów, powinni być zadowoleni. Podaję przepis cytując autorkę. Nie zmieniałam nic. Książkę uwielbiam i polecam. Poza fajnymi przepisami na słodkości są cudowne zdjęcia, przydatne uwagi i wskazówki. Pod każdym przepisem jest miejsce na własne notatki. 


Składniki (porcja na 12 muffinków):
  • 300g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 120g cukru
  • 100g białej czekolady startej na tarce
  • 2 jajka
  • 280g kefiru (lub naturalnego jogurtu)
  • 120g stopionego masła
  • 2 łyżeczki cukru do posypania
karmel:
  • 20g masła
  • 50g cukru
  • 1 banan o wadze ok. 200g - obrany ze skóry i pokrojony na 12 plasterków

Na średniej wielkości patelni rozpuścić masło, dodać cukier i cały czas mieszając, doprowadzić do powstania karmelu - powinien być złotobrązowy. Dodać banany i delikatnie polać karmelem, smażyć minutę. Zdjąć z ognia.

W misce połączyć mąkę, proszek, cukier i czekoladę. W drugim naczyniu wymieszać jajka z kefirem i masłem. Połączyć zawartość obu misek, wymieszać łyżką.

Formę do muffinów wypełnić papierowymi papilotkami. Do każdej włożyć 2 łyżeczki masy, następnie kawałek banana z karmelem. Resztę masy wylać na wierzch bananów. Posypać cukrem. 

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i piec 25-30 minut. Powinny być złociste. 




19 lutego 2013

Pyszne Cannelloni

Poniżej mój ulubiony przepis na cannelloni. Przepis jest prosty, danie pyszne. W związku z tym, że powróciła zima, powróciła też ochota na bardziej kaloryczne, mięsne posiłki. Czy nie? Mi tam ślinka znowu cieknie, a swoją porcję już dawno spałaszowałam. Facet też musi mieć coś od życia, a nie tylko czekoladki i czekoladki:) 

Polecammm.






Składniki:
  • 0,5 kg zmielonego mięsa (wykorzystałam wołowinę)
  • 2-3 marchewki
  • 1 duża lub 2 małe cebule
  • 500g (dwie szklanki) przecieru pomidorowego w kartonie
  • 3/4 szklanki bulionu (użyłam warzywnego)
  • pieprz, sól
  • gałka muszkatołowa
  • oliwa lub olej
  • makaron cannelloni ok. 20 rurek
  • parmezan do posypania

sos beszamelowy:
  • 1 litr mleka
  • 2 łyżki masła
  • 2 łyżki mąki
  • pieprz, sól
  • szczypta gałki muszkatołowej


1. Cebulę posiekać i zeszklić na łyżce oliwy. Zdjąć z patelni.

2. Marchewki obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Podsmażyć na łyżce oliwy. Zdjąć z patelni.

3. Mięso podsmażyć, następnie dodać cebulę i marchewkę. Podlać wszystko bulionem, dodać przecier i wymieszać.

4. Przyprawić pieprzem, solą i gałką do smaku, dusić kilka minut, aż sos odparuje by stać się nadzieniem.

5. Makaronowe rurki nadziewać farszem i układać w żaroodpornym naczyniu - jedna warstwa, nie piętrowo. Faszerowanie to najgorsza część całej zabawy ale co nas nie zabije... Poza tym nasz trud będzie wynagrodzony.

By przygotować sos trzeba rozpuścić masło w rondelku, dodać do niego mąkę i mieszać, żeby nie było grudek, dodać mleko i wymieszać. Przyprawić solą pieprzem i szczyptą gałki muszkatołowej. Gotować chwilę, aż zgęstnieje.

6. Wlać do cannelloni sos beszamelowy, posypać parmezanem.

Zapiekać w temperaturze 180 stopni ok. 30 minut. 

to co nie zmieściło się w dużym naczyniu zapiekłam w dwóch małych, lepiej wcześniej zorganizować sobie naczynia, nie układać piętrowo

Bon appetit! 

PS
Wybiera się ktoś na Food Blogger Fest?

18 lutego 2013

Domowe pralinki z marcepanem i morelą

Uwielbiam słodycze. Zwłaszcza gorzką czekoladę, przełamaną kwaśnym smakiem owoców. Jeżeli do tego dodamy marcepan to jest pełnia szczęścia. Znalazłam u Andźki śliwki w czekoladzie (ma u siebie różne cuda i cudeńka;) i od razu poleciałam do sklepu po potrzebne składniki. Skoro miały być śliwki, to o czym mogłam zapomnieć na zakupach? Oczywiście o śliwkach. I tak jest lepiej niż na początku znajomości z A. kiedy po rozmowie z nim telefon odkładałam do lodówki, a zupę jadałam widelcem. Po kilku latach się ustabilizowałam:D

Wracając do pralinek wyszły pyszne!





Wykorzystałam suszone morele i dżem morelowy. Czekoladę gorzką 70% kakao, oraz gotową masę marcepanową zakupioną w Ikea, podobno można dostać ją także w Lidlu. Można też w prosty sposób samodzielnie zrobić masę marcepanową z mielonych migdałów, syropu z agawy, cukru pudru i amaretto (ja tak robię).

Składniki:
  • 200g masy marcepanowej
  • 80g gorzkiej czekolady
  • 1 łyżka masła
  • 10 suszonych moreli
  • 2 łyżeczki dżemu morelowego

1. Morele pokroiłam na drobne kawałki i wymieszałam je z dżemem, tak żeby się skleiły.

2. Czekoladę z dodatkiem masła roztopiłam w kąpieli wodnej.

3. Masę marcepanową rozwałkowałam pomiędzy dwoma kawałkami folii spożywczej.

4. Kroiłam kawałki masy i zawijałam w nią morele. Formowałam kuleczki.

5. Tak przygotowane zatopiłam w czekoladzie i odłożyłam do zastygnięcia.

Czekolada lubi ściekać, także najlepiej ułożyć słodziaki na folię. Można wtedy resztki wyjadać i nic się nie zmarnuje. 

A śliwki jeszcze zrobię, a także batoniki z powidłem śliwkowym i .... dzięki za inspirację:) 


17 lutego 2013

Dzień kota

Dziś, 17 lutego wypada dzień nie byle kogo ale Międzynarodowy Dzień Kota. Z tej okazji życzę mojemu kotu wszystkiego najpyszniejszego oraz pozdrawiam wszystkich szczęśliwych posiadaczy tych niesamowitych sierściuchów. 

Często wspominam o Loli, dziś chcę ją przedstawić trochę bliżej. Jest moim najbliższym asystentem całodobowym. Budzi mnie rano kocia łapka na policzku. Oczywiście idziemy w stronę miski, ja powolnym śpiącym krokiem, ona uprawia slalom pomiędzy moimi nogami. Po chwili udajemy się do łazienki, gdzie ja oddaję się porannej toalecie, a moja asystentka, z półeczki przy umywalce, obserwuje każdy ruch szczoteczki do zębów jak kibic na Wimbledonie.... 


Muszę ponarzekać. Mój kot jest wyjątkowo wybredny. Nie zje nic poza tym, co leży w sklepie na najwyższej półce. Prędzej ostentacyjnie padnie na moich oczach niż przełknie coś co jej do końca nie odpowiada. Nie podejrzewam, aby miała potajemny plan doprowadzenia mnie do bankructwa, raczej jest rozpuszczona. Jeżeli mogłaby się wybrać na zakupy, to wróciłaby z nich z koszem pełnym serków pleśniowych, oliwek, no i czipsów. Tak. Czipsy są the best. Oczywiście zabraniam jej się gościć w ten sposób ale nie zawsze można takiego gamonia upilnować.


Nigdy nie miałam kota, który jak pies broni swojego właściciela. Podejrzewam, że gdyby jakiś złodziej się do nas pofatygował, byłby mocno zdziwiony kiedy kot rzuciłby mu się do gardła. Lola jest aspołeczna, tylko ja i A. możemy ją dotykać. Dla obcych bywa groźna. Moja mama ogląda "Kot z piekła rodem" przed każdą wizytą u nas. Nie wiem też jak wytłumaczyć kocią miłość do psa sąsiadów...


Oczywiście, jak każdy kot, zawsze jest po złej stronie drzwi. Większość czasu spędza na drzemkach (w workach, kartonach czy umywalce). Czasami coś rozwali i robi wtedy tą swoja głupią minę zanim weźmie nogi za pas. Pełni funkcje termofora, pocieszyciela, polerki do podłogi, wszystko z własnej nieprzymuszonej woli. Kiedy za oknem widzi coś dziwnego patrzy na mnie z tym swoim "ej widziałaś to co ja?". Nie wyobrażam sobie tego domu bez kota. Kto miałby mnie ugniatać łapkami rano, podgryzać stopy pod kołdrą wieczorem, mruczeć różne melodie, gonić za światełkiem, które odbija się na ścianie i sprytnie nie daje się złapać...

Jakie są Wasze koty?

15 lutego 2013

Coś pysznego na szybko

Jeżeli lubisz olej z pestek dyni, pestki dyni i rukolę to oszalejesz na punkcie tej przekąski. Zaproponowałam makaron, mogę go jeść w każdej postaci, ale można też przygotować sobie kanapkę z ulubionego pieczywa w ten sposób.

Smaki wszystkich (trzech haha) składników idealnie się komponują. Jest to jeden z najszybszych sposobów na pyszną i prostą przekąskę. Czasami dodaję jeszcze kurczaka, ale obecnie jestem w strasznym niedoczasie więc stawiam na homemade fast food. 



Do jej przygotowania potrzebujesz:

  • ulubiony makaron (użyłam penne)
  • garść pestek dyni
  • rukolę
  • olej z pestek dyni
  • sól, pieprz

1. Pestki dyni upraż na suchej patelni, pilnuj żeby się nie spaliły. Uprażone mają całkiem inny smak od surowych, jest to dosyć istotne.

2. Ugotuj makaron w osolonej wodzie. 

3. Odcedzony, wystudzony makaron wymieszaj delikatnie z olejem z pestek. 

4. Na makaron wyłóż rukolę, posyp wszystko pestkami dyni, polej odrobiną oleju, dopraw solą i pieprzem do smaku.


Weekend! Oh Yeah! Udanego;) 

14 lutego 2013

Lekko pijane tiramisu (bez jaj)

Tiramisu, które robię jest bardzo proste. Żadnego tyraj misiu - zero ubijania, zero białek czy żółtek. Nie jest to wersja pływająca, do pucharków, tylko trzymający się w pionie (mimo procentów) deser, mocno napączowany i aromatyczny. Po mojemu i dla mojego A.


Składniki na dwa takie naczynia jak na zdjęciu:

  • 500g sera mascarpone
  • 5 łyżek ajerkoniaku (u mnie likier advocat)
  • 1 szklanka mocnej kawy (u mnie z ekspresu ale może być rozpuszczalna)
  • 5 łyżek likieru amaretto
  • łyżeczka cukru (opcjonalnie)
  • ok. 20 biszkoptów
  • ciemne kakao do posypania
  • + ewentualnie kilka kropelek mocniejszego alkoholu;)



1. Mascarpone miksuję z advocatem, ot cała filozofia:)

2. Do wystudzonej kawy dodaję amaretto i ewentualnie dodatkowo odrobinę rumu lub whisky czy brandy oraz cukier jeżeli ktoś woli słodsze desery.

3. Układam warstwę biszkoptów na dnie naczynia, nasączam je zaprawioną kawą.

4. Wykładam na biszkopty mascarpone, następnie kolejną warstwę biszkoptów i powtarzam czynności.

Najlepiej wstawić tiramisu do lodówki na kilka godzin i posypać przesianym kakao chwilę przed podaniem.




Wszystkim zakochanym życzę samych pysznych chwil. Nieśmiałym polecam na randkę pijany deserek, a tym, którzy są na diecie więcej miłości własnej;) 

źródło niestety do ustalenia, szkoda bo marzy mi się taka



12 lutego 2013

Pokaż mi swoje lajki, a powiem ci kim jesteś

Nie jestem ani psychologiem, ani socjologiem ale facebook jest dla wszystkich kopalnią wiedzy na temat ludzi i ich zachowań. Już chyba dziedziną życia są fejsbukowe lajki. Mam na myśli te, które klikamy fanpage'om, stronom internetowym poszczególnych produktów itp. Zwróciłam uwagę na trzy najliczniejsze grupy ludzi, w zależności od ich podejścia do lajkowania.

źródło: newlikes.com

Pierwszą - tych ludzi, którzy lajkują to co im serce podpowiada, nie zastanawiając się czy coś jest modne czy niemodne, to co jest im bliskie, potrzebne, oraz to co może w jakiś sposób pomóc znajomym i ich znajomym. U nich znajdziesz wszystko od usług tapicerskich po lody waniliowe, profil nie przypomina wysprzątanej i wymuskanej wystawki, a facebook służy im głównie do kontaktów ze światem.

Druga to ludzie, którzy brzydzą się mainstream'em. Polajkują wszystko co off'owe, niszowe lub to co ludzie, których za takich uważają polajkowali. Nieważne, może to być choćby (za przeproszeniem) gówno w celofanie, ważne, że od niszowego artysty. Może to być także zlepek dźwięków, przypominający wycie kota w rui, jeżeli został wypuszczony z garażu faceta w rurkach. Im dziwniej tym lepiej. Im mniej osób rozumie dany przekaz to znaczy, że jest on wartościowy.

Trzecia grupa to prestiżowi. U nich znajdziesz tylko produkty ekskluzywne, drogie i modne. Nieważne czy to glazura podłogowa czy marka kosmetyków testowanych na wszystkich możliwych zwierzętach. Tacy przeklinają pod nosem, jeżeli właśnie zapłacili za cięcie u najmodniejszego fryzjera równowartość średniej krajowej pensji, a nie ma on fanpage'a na fejsie. Cholera jak tu teraz wszystkich powiadomić, że ta fryzura została stworzona przez stylistę fryzur gwiazd, a nie przez panią X w salonie kosmetycznym w Nadarzynie. Pozostaje fotka z ręki i odpowiedni podpis.

źródło: adoholik.com

Te dwie ostatnie grupy, chociaż pewnie uważają się za skrajnie inne od siebie, są bardzo do siebie podobne. Z rozwagą dobierają lajki tworząc swój image. Wydaje im się, że jak coś polajkują to stają się tego częścią. Swój styl wyrażają poprzez podpięcie się do kogoś. Mogą wybudować swój wizerunek od zera tak, jakby chcieli być postrzegani. Patrz jestem taki za*ebisty - żywię się w najmodniejszej knajpce na Powiślu (chociaż byłem w niej tylko raz i wtedy nie było miejsc no i kazali mi spadać na drzewo), lubię taki i taki zespół, bo to w dobrym tonie (nikt się przecież nie dowie, że w domu słucham varius manx), używam drogich kosmetyków (znaczy, raz była próbka w gazecie)...

Prestiżowi chyba najbardziej mnie zadziwiają, chociaż jakby nie patrzeć facebook to straszny mainstream więc jak ci offowi się na nim odnajdują? Znaleźli sposób. Kasują konta z hukiem. Nie, że wychodzą cichutko po angielsku, tylko miesiąc wcześniej o tym rozgłaszają - jaki to obciach mieć konto na fejsie i że czas się zmywać. Podczas gdy prestiżowi coraz uważniej budują swoje profile. Mają pełną kontrolę nad tym co chcą pokazać.

Dla wszystkich, którzy nie mają konta na facebook'u ten wpis może być zupełną abstrakcją, cała ogromna reszta pewnie wie co mam na myśli. Sama jestem trochę uzależniona od informacji na temat moich znajomych i wchodzę na facebook kilka razy dziennie. Czy istnieje życie pozafejsbukowe? Konta nie usunę (mimo lekkiej fobii na temat handlowania moimi danymi przez Marka Zuckerberga) choćby z tego powodu, że na spotkaniu z koleżankami siedziałabym jak na tureckim kazaniu i nikt mi prasówki z fejsbuka nie zrobi - a tak, jestem na bieżąco. No i na fejsie każdy może być jurorem - dać lajka czy nie dać oto jest pytanie.

źródło: randomfunnypicture.com

11 lutego 2013

Cytrynowe ciasto Nigelli

Do eksperymentów Nigelli Lawson podchodzę z lekkim dystansem. Ciasto cytrynowe okazało się jednak strzałem w dziesiątkę - świetne!
Dzięki polencie i migdałom, ma fajną konsystencję, jest bardzo cytrynowe, lekko wilgotne...









Składniki na ciasto:
  • 200 g masła + trochę do natłuszczenia formy 
  • 180 g drobnego cukru 
  • 200 g mielonych migdałów 
  • 100 g drobnej polenty - kaszy kukurydzianej 
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia 
  • 3 jajka 
  • skórka otarta z 2 cytryn 

Na syrop: 
  • sok wyciśnięty z 2 cytryn 
  • 125 g cukru pudru 

1. Masło utrzeć z cukrem na jasną puszystą masę. 

2. Wymieszać migdały z polentą oraz proszkiem do pieczenia i dodać trochę sypkich składników do maślanej mieszaniny. 

3. Następnie wbić jedno jajko, wymieszać i dodawać na przemian porcje sypkich składników i pozostałe jajka, stale ucierając. 

4. Na koniec dodać skórkę z cytryny i wszystko wymieszać. Cytryny wcześniej dokładnie umyć, swoje dodatkowo wyparzyłam wrzątkiem.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, natłuścić boki. Wyłożyć równomiernie ciasto i piec ok 40 minut w temperaturze 180 stopni, do suchego patyczka.

Ciasto nie wyrasta wysokie (ale to normalne), więc radzę się nie załamywać tylko poczekać na pierwszy kęs...

W tak zwanym międzyczasie przygotuj syrop gotując sok wyciśnięty z dwóch cytryn i cukier puder w niedużym rondlu, dopóki cukier się nie rozpuści. Ponakłuwaj ciasto dosyć gęsto patyczkiem, polej równomiernie ciepłym syropem i odstaw do ostygnięcia.

każdy następny kawałek smakuje lepiej od poprzedniego;)


8 lutego 2013

Pieczeń z łososia

łosoś + inspiracja śniadaniowa od Magdy + duński przepis od Beci = pyszna pieczeń 

Robi się ją bardzo szybko, całkowity czas przygotowania (ze sprzątaniem) to ok. 30 minut. Oryginalny przepis przewidywał śmietanę, którą zamieniłam na jajko. Dosypałam od siebie koperku i voilà!


Można ją jeść na ciepło, podawać z sałatą i sosem musztardowym lub czosnkowym. Mnie najbardziej przekonuje w wersji ze świeżą bułeczką.



Składniki:

  • 75dag łososia bez ości i skóry
  • 1 jajko
  • posiekany koperek
  • 1 łyżka musztardy
  • pieprz czarny, sól

1. Łososia posiekać drobno (można też zmielić maszynką) ale wydaje mi się, że posiekany ma więcej smaku;)

2. Dodać do niego rozmącone jajko, musztardę, pieprz, sól do smaku i wymieszać.

3. Przełożyć do foremki natłuszczonej i wysypanej bułką tartą.

Piec ok. 15 minut w temperaturze 200 stopni.


3, 2, 1... zatapiam zęby w mojej smakowitej kanapce, gdyby jeszcze tylko kot zechciał przestać się we mnie wgapiać tymi swoimi zazdrosnymi oczami.


Tutaj znowu zimowo bajkowo się zrobiło. Choiny uginają się od śniegu, świeci słońce. Jeszcze kilka dni temu marzyłam o wiośnie, a teraz stoję w oknie i nie mogę się napatrzyć... jak A. zasuwa biedulek z łopatą zgarniając z podjazdu zwały tego ślicznego, białego puchu;)

Udanego weekendu!


6 lutego 2013

Czekoladowe brownie z filiżanki* Najlepsze!

Wczoraj Karolcia zapytała mnie czy znam przepis na jakieś fajne brownie. Na takie pytanie zawsze odpowiem - czekoladowe brownie z filiżanki według Liski. Robiłam je wiele razy ale nigdy nie udało się zamieścić na blogu. Powód? Znika w ciągu kilku sekund od wyjęcia z piekarnika, jak tu robić zdjęcia. Jest OBŁĘDNE. Idealne ciastko na ciepło. Ponoć na zimno też bardzo dobrze smakuje ale czy ktoś jest w stanie to sprawdzić... Kiedy siedzi w piekarniku, czekoladowy zapach wypełnia cały dom doprowadzając do szału nie tylko miłośników czekolady. 

Do tego przepis jest bardzo prosty, nie ma w nim mąki, co może zainteresować jej przeciwników. Autorka przepisu Eliza Mórawska, sugeruje też, że można użyć białej czekolady zamiast gorzkiej, ale zdecydowanie wolę wersję z gorzką.

tutaj brownie z wiśniami w alkoholu - jedyne zdjęcie jakie udało się zrobić;)


Składniki na dwie kokilki:
  • 80g gorzkiej czekolady (u mnie 70% kakao)
  • 30g masła
  • 1 jajko + 1 żółtko
  • 30g drobnego cukru
  • 1/2 opakowania cukru waniliowego
  • 50g mielonych migdałów
  • 1-2 łyżeczki kakao do posypania foremek


1. Czekoladę trzeba pokruszyć i rozpuścić w kąpieli wodnej (w misce nad gorącą wodą) z masłem i wymieszać. Odstawić, aby lekko ostygła.

2. Całe jajko, żółtko, cukier drobny i waniliowy utrzeć do białości. 

3. Stopniowo do masy dodawać roztopioną czekoladę i cały czas mieszać. 

4. Wsypać migdały i delikatnie wymieszać.

Dwie żaroodporne foremki o średnicy ok. 9 cm (mogą być filiżanki, miseczki, kokilki) wysmarować masłem i obsypać kakao. Wlać do nich masę, która powinna je wypełnić maksymalnie do 2/3 wysokości. Piec ok 15-20 minut w temperaturze 160 stopni. Mają być ścięte, ale nie wysuszone.

Polecam wszystkim wielbicielom ciemnej jak noc czekolady!

*przepis pochodzi z książki "WHITE PLATE - słodkie", którą dostałam w prezencie od kogoś wyjątkowego, czym sprawił mi wielką radość:)

5 lutego 2013

To nie herbata to Rooibos

Piję Rooibos'a od kilku miesięcy i nie miałam pojęcia ile właściwości ma mój ulubiony napój. Jest naparem ziołowym z czerwonokrzewu i mimo, że nazywany jest czerwoną herbatą, obok herbaty nawet nie stał.
Ma bardzo delikatny, specyficzny miodowy smak, bez goryczy charakterystycznej dla herbat. Nie zawiera garbników i kofeiny przez co może być pity przez kobiety w ciąży, małe dzieci oraz tych, którzy uwielbiają sobie strzelić herbatkę przed snem. 
Znam takich, którzy jak ja uwielbiają Rooibos i od niego zaczynają dzień, ale spotkałam też takich, którzy twierdzą, że pachnie sianem i nie da się go pić. Ci ostatni nie wiedzą co tracą...


  • Rooibos zawiera sporo żelaza, wapń, cynk, miedź, potas, magnez oraz inne mikroelementy wpływające korzystnie na zęby, kości i skórę
  • zawiera dużą ilość witaminy C oraz przeciwutleniacze
  • opóźnia proces starzenia 
  • wspiera układ odpornościowy 
  • działa rozkurczowo np. przy kolkach
  • działa bezpośrednio na układ nerwowy, poprawia nastrój i samopoczucie (zawiera naturalne środki antydepresyjne), które pobudzają wydzielanie serotoniny
  • pomaga przy problemach żołądkowych 
  • działa leczniczo przy alergiach i astmach 
  • wspomaga przemianę materii
  • działa kojąco przy bólach głowy, bezsenności, rozdrażnieniu
  • obniża ciśnienie krwi
  • hamuje produkcję komórek nowotworowych 
  • zapobiega miażdzycy
  • obniża poziom cukru we krwi 

Czerwonokrzew uprawiany jest wyłącznie w południowej w Afryce, a jego liście przypominają igły sosnowe, kwitnie na żółto. Rooibos nie zawiera żadnych środków konserwujących i barwników, dzięki czemu ma doskonały, naturalny smak, który zachowuje nawet przy dłuższym parzeniu.

Przekonałam Cię chociaż troszeczkę? Czy może już od dawna popijasz:)

4 lutego 2013

Indyk po chińsku czyli chińszczyzna po polsku

Czasami, jak dziś, dopada mnie straszliwa ochota na chińszczyznę. Zastanawiałam się nawet nad wyjściem do knajpy, chociaż ostatnią wizytę u "Chińczyka" odchorowałam. 
Przypomniał mi się kawał o facecie, który wypadł przez okno i spadając modlił się, przysięgał, że już nigdy nie zgrzeszy jeśli przeżyje. Kiedy ostatecznie upadł na wóz z sianem, otrzepał się i stwierdził, że w stresie człowiek opowiada straszne głupoty. 
Też szybko zapomniałam o przykrych przejściach z chińszczyzną i swoim ówczesnym postanowieniu ale od teraz robię ją sama w domu. Pewnie rodowity mieszkaniec Chin by się uśmiał ale taką właśnie lubię, idealnie ostrą, chrupiące warzywa, czosnek, imbir...




U mnie wersja z makaronem Mie, ale będzie super także z ryżem lub makaronem ryżowym. Można wykorzystać zarówno kurczaka jak i wieprzowinę czy wołowinę, użyłam mięsa z udźca indyka, ostatnio mam do niego słabość. Nie dodaję żadnych gotowych mieszanek przypraw (do potraw chińskich itd., zawierają głównie cukier i glutaminian coś tam, często mylony z chińską witaminą;)

Składniki (porcja dla 4 osób):
  • 250g makaronu Mie
  • średni udziec z indyka
  • marchewka
  • papryka czerwona
  • papryka zielona
  • pędy bambusa ok. 200g
  • garść grzybów Mun
  • 2 szklanki wywaru z warzyw lub drobiowego
  • sos sojowy
  • ok. 3 cm świeżego imbiru
  • 3 ząbki czosnku
  • pieprz cayenne
  • kurkuma
  • sezam do posypania

Przy tym daniu działam cały czas w woku, jeżeli go nie posiadasz użyj głębokiej patelni.

1. Mięso trzeba umyć i oczyszczone z błon i tłuszczu pokroić na kawałki. Tak przygotowane mieszam z sosem sojowym (żeby się połączyło, nie więcej) i odstawiam, można mięso zacząć marynować dzień wcześniej lub kilka godzin wcześniej. 

2. Marchewkę i paprykę kroję w paseczki. Podsmażam po kolei na dużym ogniu na łyżce oleju marchewkę i paprykę. Nie powinno być zbyt dużej ilości warzyw w woku na raz. Przekładam to co usmażę do innego naczynia. 

3. Imbir siekam i podsmażam, przekładam do naczynia z warzywami.

4. Smażę mięso z posiekanym czosnkiem. Kiedy się usmaży dodaję do niego warzywa z imbirem oraz pędy bambusa i grzyby Mun (wcześniej namoczone w ciepłej wodzie, odsączone i pokrojone).


5. Wlewam do woka wywar z warzyw oraz kilka (u mnie 4) łyżek sosu sojowego. Przyprawiam łyżeczką kurkumy i pieprzem cayenne, nie dodaję soli - sos sojowy jest dosyć słony. Duszę wszystko kilka minut. W tym czasie gotuję makaron.

6. Ugotowany i odcedzony makaron dodaję do sosu i mieszam jeszcze chwilę w woku. Przed podaniem posypuję danie sezamem. 

Proste i pyszne, a jak pachnie... Smacznego!

3 lutego 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Jestem uzależniona od kina. Największą karą dla mnie byłby zakaz oglądania filmów. Czasami szukając kolejnego zaglądam na opinie ludzi, którzy rzekomo oglądali dany obraz. Zaskakujące jak rozbieżne i skrajne potrafią być ich recenzje. Niedawno z A. oglądaliśmy "Poradnik pozytywnego myślenia" (oryg. Silver Linings Playbook). 


Jest to historia Pat'a, który spędził kilka miesięcy w szpitalu psychiatrycznym, po tym jak jego życie odmieniło się o 180 stopni, po wyjściu próbuje odnaleźć się na nowo. Presja rodziny i przyjaciół, aby Pat jak najszybciej był "normalny" nie pomaga. Jeżeli przyjrzeć się wszystkim pozostałym postaciom, chociażby ojcu, czy przyjacielowi Pat'a, nasuwa się pytanie - kto tu jest nienormalny? Pat'owi stanąć na nogi pomaga Tiffany, nieprzeciętna dziewczyna z problemami. 

Reżyser David O. Russell w bardzo zgrabny sposób ukazuje emocje jakie dotykają ludzi, którzy doznali niespełnionej miłości i jaki to może mieć wpływ na nasze życie. Film nie jest typem wybitnego dzieła, a wielowymiarową, z pozoru prostą opowieścią, która pozwoli nam spędzić dwie godziny w dobrym nastroju. Jeżeli do tego dodamy świetne kreacje aktorskie, czeka nas rozrywka na najwyższym poziomie.



Jennifer Lawrence za rolę Tiffany otrzymała Złoty Glob, nie wiem jednak czy ktokolwiek będzie o tym pamiętał, ponieważ na ceremonii, chwilę po sukcesie dziewczyny "znikąd", obecna tam Jodie Foster postanowiła zrobić coming out, nie pozostawiając wątpliwości co do swojego homoseksualizmu. 
Bradley Cooper, którego Magazyn People w 2012 roku uznał za najseksowniejszego żyjącego faceta, także został nominowany do Złotego Globu, jednak obszedł się smakiem. Tak czy inaczej rola Pat'a jest jego najlepszą rolą w dotychczasowej karierze, przy czym jego fizyczność nie jest tu taka nachalna. 
Czas odcisnął swoje piętno na, grającym ojca, Robercie De Niro, jednak z jego upływem staje się lepszy i lepszy. Postać, którą stworzył jest jak wisienka na torcie. Na szczęście jego wory pod oczami są autentyczne, a ciało, pozbawione botoksu stanowi wspaniałe narzędzie do wprawiana widza w zachwyt.

Zbliżają się walentynki, jak ktoś ma ochotę wybrać się do kina ze swoją drugą połówką, a na ekranach same nieznośne komedie romantyczne, ten film może być bardzo fajną alternatywą. Świetnie rozumiem głównego bohatera i jego przywiązanie do happy end'ów. Scena z Hemingway'em wylatującym przez okno jest po prostu rozbrajająca. Nie rozumiem wszechobecnej pogardy dla szczęśliwego zakończenia. Mało mamy zmartwień? 

Moja połówka oceniła film bardzo wysoko. Trzeba być mocno opornym, żeby się w filmie nie zakochać. Pozytywny, to na pewno.


gatunek: komediodramat
polska premiera 8 lutego

Moja ocena 8/10
A. 9/10

1 lutego 2013

a może zostać celebrytą?

Polska to taki dziwny kraj, w którym "gwiazdą" może zostać każdy. Zwłaszcza ceni się tych, którzy nie mają żadnych umiejętności. Aktorzy po szkołach żalą się, że od tego wszystkiego mają jakieś Mroczki ;) przed oczami. Jak ktoś pokonał długą drogę by zostać aktorem i swoje umiejętności może sobie teraz schować do lodówki (która w magiczny sposób połączona jest z telefonem - jak nie dzwoni, znikają z niej ekskluzywne produkty), a zamiast niego angaż dostanie X - magister zarządzania parafią, to może być rozżalony.

Poza celebrytami z łapanki, są jeszcze celebryci z zagranicy. Im bardziej egzotyczny kraj i dziwniejszy akcent, tym lepiej. Obcokrajowcy najlepiej sprawdzają się w naszych serialach, które poruszają problematykę trudu dnia codziennego oraz ambitnych programach rozrywkowych. Ponieważ nie wymawiają połowy głosek, a do tego w scenariuszu same brednie, nikt ich nie rozumie, co może akurat wszystkim wychodzi na dobre.

Jak Polak pojedzie robić karierę do Hollywood to jego największym problemem jest właśnie akcent, który skazuje go na granie złodzieja lub prostytutki z Europy wschodniej. W Polsce z kolei przyjezdni szybko orientując się, że może nie do końca chodzi o ich świetne predyspozycje, tylko o fascynację pewną "oryginalnością" bardzo się pilnują, żeby się polskiego nie nauczyć. Wprost proporcjonalnie do czasu jaki spędzają w Polsce, zwiększa się ilość popełnianych błędów wymowy.

Może kiedyś pójdę na casting i może się akurat okaże, że idealnie się nadaję. Jak mnie przyjmą to później będę latać (w wypożyczonych ciuszkach) na wszystkie imprezy jakie tylko istnieją w szołbizie - na promocję parówek z cielęciną i nowego samochodu z Korei. Wezmę udział w programie "Jak oni pływają" i "Taniec w kisielu". Później, po ogólnym zachwycie nad moją osobą, po zaliczeniu wszystkich okładek w kraju, przeczytam w internecie, że jestem beznadziejna i gruba i czas się wynosić. Kilka wątpliwie ubranych celebrytek w swoim opiniotwórczym programie celebrytoznawczym uświadomi mi, że jestem najgorzej ubraną Polką i zniknę znienawidzona.

Szybko o mnie zapomną, pojawi się nowy człowiek znikąd. Tymczasem u mojego idola telefon jak nie dzwonił, tak nie dzwoni, maybe tomorrow, a nie nie, jutro weekend.

Udanego weekendu:)